IV Niedziela Wielkiego Postu, rok B

Słuchając dzisiejszej Ewangelii, o tym jak Chrystus w sposób brutalny powyrzucał wszystkich ze świątyni, to pewnie podświadomie myślimy o swoim Kościele parafialnym, o tym jakie zmiany ostatnio zaszły w życiu kościelnym i liturgicznym, i o innych obyczajach. Ale słowa Ewangelisty: On zaś mówił o świątyni swego ciała, jak i pierwsze czytanie o przykazaniach, a drugie, że mądrością Bożą jest ukrzyżowanie, nadają naszym myślom nieco inną barwę.

Co roku ciągle doświadczając życia, w sposób rzetelny i odpowiedzialny, budujemy swoją świątynię. W tym nie ma żadnej wątpliwości, bo inaczej nas tu by nie było. Rzetelnie, ale jakkolwiek na swoją miarę. Co prawda mamy miarę Bożą w postaci dziesięciu przykazań, ale tą samą miarę już mieli i Żydzi. I już oni się przekonali że nie łatwo się podobać Bogu, nawet zachowując wiernie wszystkie przykazania. O tym, że zachowywali wiernie, też nie ma wątpliwości, o czym często upewnia nas w swoich dziełach papież Benedykt XVI.  Tak w czym rzecz? Czego brakuje?

Nabierając wprawy w życiu, co raz bardziej się przekonujemy, że jakoś się nam nie udaje żyć ani według przykazań, ani według Ewangelii. I nie przeszkadza w tym nawet wierność Bogu. Zaczynamy szukać znaków od Boga, czego wprawdzie ode mnie chce? Próbujemy spotkać Boga w przeżyciach uczuciowych, mistycznych. Jak to się mówi, spotkać się z nim realnie, twarzą w twarz. Szukamy mądrych kaznodziejów, przyjmujemy  sobie mądrość życiową czy jakieś porady z religii wschodu czy zachodu. Staramy się, spowiadamy się i… boimy się!

Boimy się, ponieważ jedyne coś nam zostało, to zburzyć tą świątynię czterdzieści sześć lat budowaną. Stać się słabymi i odartymi ze skóry.  Ponieważ w tym wszystkim brakuje tylko soli, czyli Chrystusa. Chrystusa ukrzyżowanego.


br. Racibor Stanisław Polakow OFM