I Niedziela Adwentu, rok C

Czytając dzisiejszą perykopę ewangelii, możemy sobie, w sposób naturalny, zadać pytanie:
dlaczego Kościół, inicjując „radosny czas oczekiwania na przyjście Pana”- bo taką utartą
definicję ma Adwent- rozpoczyna od tak drastycznego proroctwa jakie podaje nam Jezus?
Adwent ma przecież być przygotowaniem do Bożego Narodzenia- czasu pełnego miłości,
pokoju, rodzinnej atmosfery, etc. a Kościół każe nam żyć w strachu?! Otóż trzeba sobie
uświadomić do czego ma nas tak naprawdę przygotować ten okres liturgiczny, na kogo tak
naprawdę czekamy. Czy na Jezusa- Dzieciątko, który urodził się w ubogiej stajni przeszło
2000 lat temu? Owszem w Uroczystość Bożego Narodzenia 25 grudnia, On narodzi się w
„dzisiaj” swojej liturgii, ale w historii zbawczej Jesus w ludzkim ciele narodził się- przyszedł
na świat już dawno. Teraz oczekujemy jego drugiego przyjścia. Dlatego też liturgia Adwentu,
jak pisze Katechizm Kościoła Katolickiego, jest aktualizacją oczekiwania Mesjasza. Dlatego
Kościół podaje nam ten fragment Ewangelii, abyśmy nie zapomnieli o prawdziwym
czuwaniu. Nie z lękiem przed spustoszeniem, ale z Bojaźnią Bożą, wystrzegając się
wszelkiego grzechu m.in. „obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych”. Abyśmy oderwali nasze
serca „od świata, który stara się nas powstrzymać od miłowania Boga” (św. Grzegorz
Wielki). Przecież na ten świat, jak zapowiada Jezus, przyjdzie zagłada. Mówi też św. Jakub:
„Ktokolwiek więc chciałby być przyjacielem tego świata, staje się nieprzyjacielem Boga” (Jk
4, 4).


br. Szczepan OFM