Trójcy Najświętszej, 2019r.

Od jakiegoś czasu mam okazję pełnić posługę w szpitalu dziecięcym. Przemierzam szpitalne korytarze z Najświętszym Sakramentem schowanym w przewieszonej przez szyję tzw. bursie. Każdorazowe wyjście do tego szczególnego miejsca myślę, że każdemu człowiekowi próbującemu uczciwie podchodzić do rzeczywistości naturalnie narzuca na myśl wiele pytań, wątpliwości co do tego; jak rozmawiać, co powiedzieć, albo czy w ogóle cokolwiek mówić? Specyfika tego miejsca polega na kumulacji ludzkiego cierpienia, gęstego jak koncentrat, wywleczonego wręcz na zewnątrz, cierpienia często fizycznego, ale też bez możliwości rozdzielenia go od ściśle związanego z nim cierpienia duchowego, chciałoby się rzec egzystencjalnego. To tam często człowiek przyparty do muru sytuacji jaka go spotkała pyta być może Boga, być może siebie, albo i nie oczekując znikąd odpowiedzi wyrzuca słowa na wiatr ze zwykłej potrzeby wykrzyczenia swojego bólu. I tak pyta: Po co to wszystko! Po co ból, dlaczego cierpienie? Gdzie jest Bóg?! Czyż jest ślepy na to co tutaj się dzieje!? Przecież te dzieci, te matki, ci ojcowie, oni strasznie cierpią! Tym czasem Jezus – jak sobie wyobrażam –  swym łagodnym głosem, odchodząc z tego świata do Ojca, przekazuje uczniom swój „mały testament”, mówi im: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie”, ale „Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy.” Nie spodziewaliśmy się takiej odpowiedzi, oczekiwaliśmy raczej rozwiązania wszelkich wątpliwości, wszelkich pytań drążących niczym robak osłabłe z bólu serca. Tak natomiast ma się sprawa z człowiekiem. Nie mając pełnego oglądu rzeczywistości, jest mu dostępny tylko jeden malutki jej wycinek, dokładnie taki jaki jest mu potrzebny do jej zniesienia, przetrwania. Jedyną drogą jaka mu się jawi jest wówczas cierpliwe trwanie i zaufanie, zaufanie w tą Bożą obietnicę o Prawdzie, obietnicę która zapowiada zrozumienie wszystkiego w swoim czasie, ale tylko wtedy gdy posiądziemy Ducha Pańskiego. Gdyż tylko On ma moc umożliwiającą widzenie otaczającej nas rzeczywistości takiej jaka jest naprawdę, czyli widzenie jej z Bożej perspektywy, tzn. optyki przekraczającej nasze poznanie zmysłowe, czarno-białe. On otwiera na widzenie które wypływa z miłości Boga Ojca do człowieka. Miłość tą ukazał nam Ojciec przez Jezusa Chrystusa swojego Syna, a potwierdzić ją może tylko w Duchu Świętym którego posyła nam do naszych serc, oby otwartych na Jego ciche działanie, subtelny nieziemski powiew, słodki „smak”, którego słodycz uzdalnia nas do powiedzenia: „Tak, zgadzam się.”


br. Radosław OFM